Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 859 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kawa z tuńczykiem?

wtorek, 10 listopada 2009 11:21

Aromat kawy doskonale sprawdza się nie tylko w filiżance, lecz również na talerzu. Nawet jeśli brzmi to niewiarygodnie. Przekonywałem o tym gości Obiadu Czwartkowego, imprezy która odbyła w warszawskiej restauracji Belvedere.


Kawa z cielęciną, szparagami i tuńczykiem? Czemu nie! Henryk Nieciejowski, szef kuchni restauracji  Belvedere,  przygotował na nasze spotkanie zaskakujące menu. W autorskiej karcie dań znalazł się m.in. tuńczyk marynowany w kawie i pieprzu oraz krem z białych szparagów z kawowym cappuccino. Kawa uzupełniła też aromat mięsa w daniu głównym - pieczona polędwiczka cielęca podana została z puree z zielonego groszku, chutney'em z moreli i kawowym sosem. Palce lizać.

 


Tuńczyk marynowany w kawie


Nawet śpiochy mogą pozwolić sobie na „małą czarną". Espresso bowiem, choć mocne w smaku, nie ma silnych właściwości pobudzających. Parzone jest krócej niż 30 sekund i zawiera minimalne ilości kofeiny. Przyznam szczerze - ta wiadomość nieco mnie zaskoczyła, ale zgodnie z tym co mówił pan Tomasz Poprawka z firmy Coffee Coast, warto wieczorową porą spróbować odpowiednio zaparzonej kawy i przekonać się na własnej skórze.


W kawie można także malować - mlekiem! Udowodnił to Sławomir Saran, mistrz polski baristów, który podczas spotkania raczył nas znakomicie zaparzonym napojem. Na bazie włoskiej kawy Veronesi przygotował doskanełe espresso. Pokazał na czym polega sztuka Art Cafe. Co tu dużo mówić - zobaczcie na zdjęciu poniżej. Chapeau bas!



Art Cafe


Obiady Czwartkowe to oprócz ciekawej dyskusji i obłędnego menu są także spotkaniem charytatywnym. Podczas spotkań goście podpisują oryginalne pamiątki, które potem wystawiane są na aukcjach. Tak uzyskane fundusze wspierają konto „Pajacyka", programu dożywiania dzieci w szkołach.

Tym razem goście wśród których byli i m.in. dziennikarka TVN-u Agnieszka Cegielska, felietonista Jerzy Iwaszkiewicz oraz popularni w Polsce obcokrajowcy Witold Casetti i Conrado Moreno, podpisali tradycyjny, drewniany młynek do kawy. Już niedługo będzie wystawiony na aukcję.

 


Goście spotkania w komplecie


Dzieciakom pomóc może każdy z Was! Zachęcam do codziennego klikania „Pajacyka"



Obiad Czwartkowy pt. „Filiżanka Zmysłów" był już XX-stym spotkaniem z cyklu. To dla mnie duża przyjemność, że dzięki pracy, którą wykonuję, mogę nie tylko popularyzować kulturę stołu i polską kuchnię, ale również pomagać potrzebującym. Dlatego przy okazji jubileuszowego spotkania chciałbym wspomnieć mecenasa spotkań, firmę Philipiak Polska. Bez inicjatywy i wsparcia firmy całe przedsięwzięcie nie byłoby możliwe.


Chciałbym też serdecznie podziękować Romanowi Czejarkowi, z którym wspólnie od samego początku prowadzimy spotkania. Romek z sobie tylko znanym urokiem potrafi okiełznać moją skłonność do dłuuuuugich dygresji.


Przy okazji jeżeli nie poznaliście Romka Czejarka w „Lecie z Radiem" i porankach radia VOX , polecam teleturniej „Gilotyna" w TVP 2", który on prowadzi.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

Kulinarny dyplomata

poniedziałek, 02 listopada 2009 15:33

Z ogromną przyjemnością prowadzę kulinarne warsztaty dla przedstawicielek korpusu dyplomatycznego, akredytowanych w Warszawie. Wspólnie z Paniami Ambasadorowymi odkrywamy tajemnice polskiej kuchni.

 



Polska ma bogatą tradycję kulinarną i świetne, różnorodne potrawy. Możemy się nimi chwalić na całym świecie. Krzewienie rodzimej kultury kulinarnej daje nam duże możliwości przy budowaniu pozytywnego wizerunek naszego kraju. Tym bardziej, jeżeli robimy to w znakomitym gronie.


Kulinarną podroż po Polsce zaczęliśmy od nauki przygotowania tradycyjnych polskich pierogów. Panie Ambasadorowe poznały tajniki odpowiednich proporcji składników ciasta. Posmakowały różnych rodzajów nadzienia.

 

Przekazaliśmy też wiedzę na temat zdrowego i smakowitego przyrządzania ryb. Sandacz, szczupak i karp to, dla osób pochodzących np. z dalekiej Azji, potrawy bardzo egzotyczne.

Z dumą nawiązywałem do przysłowia z magnackich dworów Europy, które podkreślało wartość naszej tradycji kulinarnej - „Od paszteta miej Francuza, a od ryb Polaka".


Okazuje się, że Polska kuchnia nie ma granic, a wspólne gotowanie sprawia wiele radości i jest okazją do wymiany doświadczeń. Już nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z ambasadorowymi. Przybliżymy dyplomatom kulinarną tradycję świąt Bożego Narodzenia. Jestem przekonany, że poznam też kilka świątecznych smaczków z dalekich zakątków globu.


Spotkania nie odbyłyby się, gdyby nie wsparcie znakomitej warszawskiej restauracji Belvedere, wspieranej przez Polish Vodka Association, firmę Philipiak Polska, firmę Tedmar oraz Allegro. Dzięki nim zyskujemy swoich wpływowych „ambasadorów" na całym świecie. Nasza kuchnia i kultura stołu, całkowicie zasłużenie, stają się cennymi wizytówkami Polski.



Podziel się
oceń
3
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

W oparach mięty

poniedziałek, 12 października 2009 17:13

Podróż do Maroka to szczególne z moich kulinarnych odkryć. Wspólnie ze „Smakami podróży" i TVP 1 wyruszyliśmy do Tetuanu i Chefchaouen, by spróbować egzotycznych smaków północnej Afryki.


Te dwie malownicze miejscowości nie są może tak znane jak Marrakesz czy Casablanka. Gwarantują jednak możliwość poznania kultury i zwyczajów, bez charakterystycznego, turystycznego zgiełku. Obie znajdują się w północnej części Maroka. Położone są w niewielkiej odległości od Ceuty, hiszpańskiej enklawy na terytorium Afryki. Dwie miejscowości, ale i dwa różne miejsca, których nie sposób porównać.


W Tetuanie medyna, czyli stara, targowa część miasta, otwiera przed przybyszem żywe i prawdziwe smaki Maroka. Nie każdy powinien tam  wchodzić samemu. Najlepiej wziąć ze sobą przewodnika, który zapozna nas z miejscowymi zwyczajami.



Tu nikt nie czaruje - tu się handluje, zarabia, częstuje znajomych lub po prostu żyje z dnia na dzień. Przy tym spróbować  można fantastycznych przysmaków. Choćby przepysznych oliwek marynowanych w różnych przyprawach. Dla żądnych wrażeń są też„świeże ryby", opalające się w niemal 40-sto stopniowym upale.


Chefchouen to prawdziwy rarytas dla miłośników małych kameralnych miasteczek, z unikalną architekturą i kolorami. Wszystko wygląda jak z bajki. Niebieskie, malownicze uliczki i mnóstwo kwiatów. Uśmiechnięci sprzedawcy w sklepach z pieczywem, ciastkami i przydatnymi ziołami.. Niesamowite knajpki.



To co łączy te dwa różne miasta to kulinaria. W obu popularne jest  tagine,. Ta tradycyjna potrawa swoją nazwę  wzięła od glinianego naczynia, w którym się ją gotuje. Tagine to rodzaj gulaszu. Często przygotowany z kaszą kus kus - zupełnie inną niż w naszych sklepach - lub też bez niej. Doprawiony najczęściej kolendrą lub cuminem.


W Maroku tagine występuje tu najczęściej w wersji mięsnej z baraniną lub kurczakiem. Często podawany jest również jako potrawa wegetariańska. Największe zaskoczenie to wołowe tagine z suszonymi daktylami, cynamonem i miodem. Uwierzcie, to jedna z najbardziej niesamowitych potraw pod względem koloru i zapachu.


Nie da się zwiedzić Maroka „od kuchni"  i nie spróbować równie popularnej, co tagine zupy hariry. Jej podstawą jej jest wywar mięsny, a wkładki to baranina, ciecierzyca, kolendra i cytryna. Pokochałem harirę i do dzisiaj bardzo chętnie do niej wracam.


Maroko słynie także z herbaty. Jej aromat jest mocno wyczuwalny  w każdym miejscu, gdzie spotykają się miejscowi - głównie mężczyźni. Nie jest to typowy napój, znany przeciętnemu europejczykowi. W rzeczywistości to  słodka jak ulep lura herbaciana z całymi łodygami zielonej, świeżej mięty.


Wypić daje się na raz tylko jedna filiżankę, ale już po godzinie przychodzi ochota na kolejną. A największa chrapka na herbatkę w Maroku przychodzi po kilku miesiącach od powrotu.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Meksyk pachnący papryką

poniedziałek, 31 sierpnia 2009 10:26
Wreszcie odwiedziłem ojczyznę Azteków, chociaż podobno półwysep Jukatan to nie jest jeszcze ten „prawdziwy Meksyk". Od czegoś trzeba jednak było zacząć:-]

Podróż  do Meksyku to z dwóch powodów niezapomniane przeżycie. Po pierwsze, możliwość empirycznego poznania zupełnie innej kultury. Spotkania z ludźmi tak inaczej postrzegającymi rzeczywistość. Spokój, życzliwość na każdym kroku i zamiast grymasu na twarzy, szczery uśmiech u większości rdzennych mieszkańców.


Po drugie, to jedna z najpiękniejszych podróży kulinarnych jakie odbyłem. Półwysep Jukatan jest miejscem magicznym. Z podziwem patrzyłem na historyczne budowle, które przypominają misterne konstrukcje z klocków lego. Jednak dopiero 200 km w głąb kraju, na starym miejskim bazarze poczułem aromat egzotycznej krainy. Smaki wędzonej papryki, która oczarowała mnie niemal jak kolendra.

 

Smażona, czy gotowana wołowina, a w zasadzie to, co z niej zostało, czyli sama skóra z dużą ilością limonki - dla mnie stanowiła prawdziwy rarytas. Tortilla wypiekana w mini „kombajnie" nic a nic nie przypominająca tej, którą mamy na ojczystej ziemi. Guacamole i inne cudownie pachnące sosy na bazie zielonych lub czerwonych pomidorów podawane absolutnie do wszystkiego.


Pierwszy raz spotkałem się z marynatą do mięs i ryb pod nazwą Achiote. To czerwona masa, która w smaku jest lekko kwaskowa i, jak się okazuje, nie tylko w Meksyku smakuje dobrze z mięskiem.

Mam ważną przestrogę dla podróżnych.  Uważajcie, gdy w Meksyku zamawiacie chilli con carne. Może się okazać, że dostaniecie kawałek wołowiny z papryczka chilli.  Tak rozumieją tę nazwę meksykanie.


Chilli con carne które kosztujemy w Europie to tylko z pozoru tradycyjna potrawa z Meksyku. Tak naprawdę to rodzaj kuchni tex-mex mającej więcej wspólnego z zachodem USA niż prawdziwym Meksykiem.  Krajem, który kojarzy mi się od teraz ze wspaniałą kuchnią, fantastycznymi ludźmi i pięknymi krajobrazami. Właśnie w tej kolejności.


Za wspólne odkrywanie kulinarnych tajemnić Meksyku chciałbym bardzo podziękować tygodnikowi "Gala" oraz całej ekipie "Smaków podróży". Szczególne podziękowania należą się Marcinowi Suderowi, autorowi zdjęć.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Powrót do akademii

środa, 22 lipca 2009 11:09


Podczas studiów na warszawskiej SGGW zawsze podziwiałem zacnych wykładowców. Byłem i jestem pełen uznania i szacunku dla ich ogromnej wiedzy. Imponowali mi również umiejętnościami ciekawego przekazania wiadomości.

Istotne znaczenie miała też ich anielska cierpliwość. Zająć grupę krnąbrnych studentów (nie chciałbym uogólniać, ale na pewno mnie i moją tzw. „grupę trzymającą władzę") naprawdę nie było łatwo. A oni robili to bez żadnych problemów. Trzeba też przyznać, że mieli do tego odpowiednie narzędzia, którymi mogli zarysować kryształowe karty indeksu - działało niezawodnie.


Móc pracować z autorytetami - bezcenne, przynajmniej dla mnie. Dlatego też jak tylko dowiedziałem się, że powstaje nowy projekt „Akademia Zdrowia Philipiak", przy którym partnerami będą m.in. moi wykładowcy, wybitni specjaliści w swoich  dziedzinach, długo się nie zastanawiałem. Wraz z grupą ekspertów - dietetykiem, kardiologiem i psychologiem żywienia, tworzymy radę programową, która przygotowuje projekty z zakresu edukacji prozdrowotnej. Właśnie rozpoczęliśmy dwa programy.


Pierwszy z nich nosi nazwę „ Zdrowa kuchnia przedszkolaka". Jest to cykl szkoleń dla osób pracujących w przedszkolach, mający na celu przedstawienie najnowszych wyników badań oraz sposobów na zdrowe żywienie naszych najmłodszych pociech.

Drugi projekt, „Orientuj się na zdrowie" skierowaliśmy do dorosłych. Podczas kulinarnego pokazu, który odbywa się w salach kinowych pokazujemy, że zdrowy tryb życia i zdrowe odżywianie może być atrakcyjne i smakowite. Dla aktywnych uczestników spotkań przewidujemy też ciekawe nagrody.


To odpowiedzialność i przyjemność jednocześnie stanąć po drugiej stronie katedry i dzielić się swoją wiedzą, doświadczeniem i umiejętnościami. Tym bardziej, że szkolenia prowadzę wspólnie z dr Dariuszem Włodarkiem, specjalistą z dziedziny dietetyki, który nie tak dawno był jeszcze moim akademickim „panem doktorem" z wydziału.


Po pierwszym szkoleniu i kulinarnym show, które odbyły się 25 czerwca w Łodzi, wiem już skąd w wykładowcach na uczelniach tyle pasji i zaangażowania. Przekazywanie wiedzy to spora satysfakcja. Wiem też, że nie jest to łatwe zdanie, dlatego z energią przygotowujemy już kolejne spotkania. Do końca roku planujemy jeszcze Gdańsk, Toruń, Kraków, Katowice i Wrocław. Dodatkowo z przedstawicielami przedszkoli spotkamy się jeszcze w Olsztynie, Warszawie i Lublinie.


Serdecznie wszystkich zapraszam na nasze spotkania. Namawiam również do tego byście nas informowali o tym, gdzie warto jeszcze pojechać.


Pozdrawiam

„Wykładowca - amator" Karol



Podziel się
oceń
1
1

komentarze (22) | dodaj komentarz

sobota, 29 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  242 120  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl